Strona Główna » Aktywności » Samochodem po Norwegii (z ekipą z Gumtree!)

Pamiętacie Gumtree? W czasach świetności tej platformy powstała myśl wybrania się do Norwegii. Na Gumtree można było znaleźć np. używany namiot albo ludzi, którzy chcieliby dołączyć. Jak wyglądała nasza objazdówka samochodem po Norwegii? Totalny off-road, mandaty jak kredyt hipoteczny, te sprawy? Wracamy wspomnieniami do tamtego wyjazdu i przy okazji… konfrontujemy go z teraźniejszością! 

Samochodem po Norwegiifot. Adrian Pakura

Wstępne plany i założenia 

Na wstępie… Nie, nie będziemy uzasadniać, dlaczego Norwegia. Znasz kogoś, kto powiedziałby “nie, do Norwegii wcale nie mam ochoty jechać”? No właśnie. To było jedno hasło, krótki aplauz, zakup przewodnika i ustalenie pięknego, zwartego, wypełnionego atrakcjami po same brzegi planu. Potem obliczenie kilometrażu, przeliczenie na doby, oszacowanie kosztów (nagle z maja robi się początek lipca, czas kupować bilety) i… wykruszenie się ekipy. I wtedy determinacja pozostałej trójki prowadzi właśnie na Gumtree (dziś byłby to zapewne inny portal). Na ogłoszenie odpowiada wielu malkontentów i wujków z “radami” w rodzaju “za mało czasu”, “nie zdążycie tego zobaczyć, “nie wyjdziecie z auta”. Poza tym – jeden krakowiak, dwóch ślązaków i jedna dziewczyna z Łodzi. I co? Jedziemy! 

FiordyW planach była klasyka gatunku…
fot. Adrian Pakura

Ale efekt “wow” pojawiał się na każdym kroku i wymagał dyscypliny, by co 2 kilometry nie zatrzymywać auta.

Transport. Bo żeby pojeździć samochodem po Norwegii, trzeba się tam najpierw z tym samochodem dostać! 

Powód, dla którego nie chcieliśmy jechać we trójkę jednym samochodem i szukaliśmy kompanów na Gumtree, był całkiem pragmatyczny: dwa samochody dają ten komfort, że jeśli jeden nie wydoli – drugim można szukać pomocy. Koszty czegokolwiek w Norwegii nie są tajemnicą i woleliśmy mieć jakieś szanse na uniknięcie np. lawety. 

Jeżdżąc samochodem po Norwegii

Na jakie samochody postawiliśmy? 


Cóż – na te, które mieliśmy do dyspozycji 🙂 było to Suzuki Grand Vitara oraz… Seat Cordoba Vario 1.9 TDI. Wtedy dwunastoletni. No, taki nie pierwszej młodości kombiak w dieslu, który potrzebował czasu, żeby się rozkulać. Nasz research wykazał, że będziemy się poruszać pięknymi asfaltówkami, na off-road nie ma co liczyć, należy się jedynie liczyć ze sporymi wzniesieniami. Tak też było. Suzuki szło jak złoto, Seat – jak sreberko, po prostu czasem musiał wziąć rozpęd, żeby gdzieś się dostać… 

Zwiedzanie Norwegii samochodemDwa samochody to większe szanse na ewentualną wzajemną pomoc. 

Transport samochodowy w Norwegii – mandaty, kultura jazdy, opłaty, tankowanie 

Niczego się tak nie baliśmy, jak mandatu. Z internetowych źródeł przybliżone koszty szacowaliśmy raczej w tysiącach złotych niż setkach, uznaliśmy więc, że nie pozwolimy sobie nawet na kilometr przekroczenia dozwolonej prędkości. W tym układzie dużym rozczarowaniem była pierwsza (na szczęście jedyna) awaria w Seacie, w którym to prędkościomierz po prostu znieruchomiał na kilka dni. Cóż pozostało? Zaufanie do kierowcy przed nami. I brak zaufania, kiedy średnie spalanie oscylowało wokół 4,5 litra… 

Trasa samochodowa w NorwegiiJakość dróg i bezpieczeństwo? Cóż, poważne zagrożenie to widoki, przez które kierowca jest trochę poszkodowany…

A jeśli już o spalanie i tankowanie chodzi… Vitarka posiadała instalację gazową. Nasze profesjonalne przygotowanie wykazało, że gaz nie jest najpopularniejszym paliwem w Norwegii. W tamtym okresie w całym, niemałym przecież kraju do dyspozycji było jakieś sześćdziesiąt stacji z gazem. Często były to małe dystrybutory ukryte gdzieś za domostwami, samoobsługowe (ale zawsze działające). Obecnie ta ilość znacznie wzrosła (ponad 400), jednak im dalej na północ, tym pilniej trzeba planować przejazd w oparciu właśnie o stacje. W sieci dostępne są mapy, na których zaznaczone są dystrybutory z gazem. Dla ekipy z Suzuki była to bardzo ważna mapa! 

Największą zagwozdką było dla nas natomiast uiszczanie należności za płatne odcinki. W Norwegii część nowo oddanych do użytku tras jest płatna (często do momentu, w którym inwestycja się nie zwróci), a opłat należy dokonywać samodzielnie, w dowolnie wybranym przez siebie momencie (czyli można zsumować kilka takich odcinków) w wyznaczonych miejscach, np. na stacjach benzynowych. W każdym razie tak właśnie to zrozumieliśmy. Pewnego dnia trafiliśmy więc z pieczołowicie wypełnionym notesem na taką stację, jednak obsługa bardzo nie chciała przyjąć od nas żadnych pieniędzy, sugerując, że otrzymamy pocztą stosowny rachunek. Niezbyt przekonani, ale odpuściliśmy. 

Park Rondane w NorwegiiJeden z zachwytów mijanych po drodze – Park Rondane.

Miesiąc po powrocie do domu kierowcy otrzymali listy (przetłumaczone na język polski), które osoby przyzwyczajone do polskich standardów komunikacji urzędniczej mogłyby doprowadzić do łez wzruszenia. Oprócz pozdrowień, podziękowań za odwiedzenie Norwegii, wyrażenia nadziei, że nam się podobało, jak również zaproszenia do kolejnych odwiedzin, znalazła się też kwota do zapłaty (plus dwa numery kont bankowych – polskiego i norweskiego, do wyboru). Za ponad 6000 przejechanych kilometrów zapłaciliśmy nieco ponad 200 zł, co było dla nas zaskoczeniem zdecydowanie miłym. 

 

Samochodem, ale drogą morską, czyli… prom.

Postawiliśmy na prom Polonia, wtedy najatrakcyjniejszy cenowo (nie przekraczał 1000 złotych dzielonych na 4 osoby). Obecnie koszt biletów w dwie strony dla samochodu osobowego i czterech osób to około 1200 zł w wersji budżetowej (da się znaleźć, rzecz jasna, droższe opcje). Płynęliśmy ze Świnoujścia do Ystad, nie da się więc ukryć, że pierwszy etap podróży samochodem to po prostu kierunek: Oslo i pełną parą do przodu! 

Wskazówka: wersja budżetowa zakładała brak kabiny. Na pokładzie okazało się, że pasażerowie sami wyznaczyli sobie pewne mało uczęszczane zakątki pokładu na rozłożenie śpiworów i dotrwanie do rana. 

Plaża bałtycka w SzwecjiWniosek nasuwa się sam: wyrabiamy normę w zagęszczeniu gofra na metr kwadratowy plaży bałtyckiej za Polskę i za Szwecję (co najmniej). fot. Adrian Pakura

Ośmiodniowy plan objazdówki samochodem po Norwegii (plany są po to, by je zmieniać) 

Godziny spędzone nad przewodnikiem zaowocowały planem dość prostym. Po dojechaniu do mniej więcej połowy półwyspu mieliśmy kierować się w stronę zachodniego wybrzeża. Tam objąć kierunek południowy i – zaliczając wybrane punkty – wrócić do Ystad. Można powiedzieć, że graniczne punkty stanowił przypadkowy nieco Park Rondane na północy (o nim później), a na południu – okolice Stavanger z Kjeragbolten i Preikestolen na pierwszym planie (do których zresztą w ogóle nie dojechaliśmy). 

Wskazówka: Plan traktowaliśmy jako szkic, ale z góry daliśmy sobie przyzwolenie na jego modyfikacje. Uznaliśmy, że atmosfera i ogólne zadowolenie z podróży są ważniejsze, niż odhaczanie kolejnych punktów. W skrócie: bez spiny! 

Drabina Trolli widziana z góryDrabina Trolli – do dziś mam przed oczami rowerzystę, który mozolnie piął się w górę. Ale jaki przy zjeździe był wiatr we włosach…!

Samochodem po NorwegiiDobra rada: zjeżdżając z Drabiny Trolli po prostu kulaj się na jedynce. Nie używaj hamulców 😉 

Punkty typu “must have”, które koniecznie chcieliśmy zaliczyć? Drabina Trolli, Śnieżna Droga, Droga Atlantycka, Bergen, Język Trolla, Kjeragbolten i Preikestolen. Plus kilka wodospadów (z przewodnikiem w nosie trudno było się zdecydować na jeden). Nie wszystko się udało, ale pojawiły się niespodziewane bonusy. Zresztą, tu czas na jeden z naszych wniosków: prawie cały ten kraj jest jak jeden wielki park krajobrazowy, gdzie nie wylądujesz, będzie pięknie! 

Norweskie widokiZ początku chcieliśmy świadomie mijać kolejne wodospady. Szybko jednak ograniczyliśmy identyfikację do tych najważniejszych. Wszystkie przyciągały wzrok!
fot. Adrian Pakura

 

Fizjologiczne podstawy w Norwegii – jak żyć, żeby (prawie) nic nie wydać? 

Ograniczanie budżetu opierało się w dużej mierze na… wyżywieniu. Dużo liczenia było przed wyjazdem, również jedzeniowego – ile jedzenia zabrać, żeby nie zabrakło, ale też żeby nie wozić bez potrzeby… Sucharki, chleb typu pumpernikiel, konserwy, twarde owoce (cóż, głównie jabłka), twarde warzywa do kanapek, suche wędliny, bigos w słoikach (tutaj głosy są podzielone, czy polecać – to znaczy, bigos był pyszny, ale jeden ze słoików nie zniósł trudów podróży…), słodkości. Tak zwane “coś na wieczór” oraz dużo wody. W tej chwili wiadomo, że właśnie kwestię wody rozwiązałabym inaczej – odkąd posiadam filtr LifeStraw, nie kupiłam ani jednej butelki wody, a tam i cywilizowanych, i tych mniej (ale krystalicznie czystych) miejsc do napełnienia butelki z filtrem naprawdę nie brakowało. 

Wskazówka: zanim załadujesz te wszystkie dobra do auta, napompuj koła na maxa. A zaraz po ruszeniu – przetestuj drogę hamowania. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że mocno się wydłużyła… 

Spanie pod namiotem w NorwegiiNajprościej, najprzyjemniej i najtaniej! fot. Adrian Pakura

A spanie? Skwapliwie korzystaliśmy rzecz jasna z cudownego norweskiego prawa do rozbijania namiotu “na dziko”. Nie było większym problemem znalezienie miejsca nad wodą, w której można by się zanurzyć dla higieny. Czasem można było brać kąpiel z widokiem na połać śnieżną, z której widać ciurek wodny, który prowadzi prawdopodobnie do aktualnego “kąpieliska”… Cóż, woda nie zawsze była ciepła 😉  Jeśli ktoś liczył na coś więcej, po drodze było sporo kempingów, na których za około 10 koron można było skorzystać z prysznica. 

Kąpiel w NorwegiiCzasami natura sama wybija z głowy używanie jakichkolwiek detergentów do mycia człowieka!

Niby samochodem po Norwegii, ale przecież z hikingiem w tle… Na jaki sprzęt postawiliśmy? 

Nie chodziło rzecz jasna o prześmiganie autem jak najwięcej kilometrów i cykanie zdjęć zza szyby. W planie było kilka wyjść w teren, głównie Trolltunga, Kjeragbolten, Preikestolen oraz Trollkirka. Nie były to trasy bardzo wymagające, ale zdecydowaliśmy się raczej na ciuchy i obuwie z nastawieniem trekkingowym. W siedzeniu w aucie na pewno nie przeszkadzały 🙂 oprócz wysokich butów przydały się też sandały – z jednej strony właśnie do auta, z drugiej… Cóż, niby Skandynawia, ale zdarzył nam się dzień z 28 stopniami na termometrze! 

Na “swoją” wieżyczkę trzeba sobie zasłużyć – w aucie nie ma sensu stawiać 😉

Do sprzętu nie przywiązywaliśmy nie wiadomo jakiej wagi. Po pierwsze – jechał w bagażniku, jego masa nie była więc kluczowa. Po drugie – pozostawaliśmy cały czas w zasięgu cywilizacji, toteż powodzenie tego wyjazdu nie zależało od niezawodności wyposażenia (no, może poza samymi samochodami…). Co tu dużo kryć – ekipa z Suzuki zrezygnowała z czwartej osoby na rzecz krzesełek turystycznych, które może i do paliwa się nie dorzuciły, ale były w pewien sposób obiektami budzącymi zazdrość! 

Droga do TrollkirkaLekki hiking do Trollkirka, czyli sieci trzech jaskiń zwanych Kościołem Trolli.
Fot. Adrian Pakura

Wskazówka: Nie zawsze udawało nam się zrywać skoro świt. Dziwnym zrządzeniem losu na Trolltungę wyszliśmy dopiero koło południa, dzięki czemu – przypadkowo – dowiedzieliśmy się, jak uniknąć tłumów i długiej kolejki do zdjęcia na słynnym miejscu… Po drodze mijaliśmy wiele osób, które już wracały, dzięki czemu język trolla odwiedziliśmy kameralnie. A powrót? O tej porze roku w tym rejonie ściemnia się naprawdę późno, nie musieliśmy więc nawet wyjmować czołówek!

Język Trolla w NorwegiiTrolltunga – wizytówka Norwegii?

Podsumowanie, czyli TOP 5 wniosków z tego wyjazdu! 

Największe rozczarowanie: Droga Atlantycka 

Miejsce bardzo ładne, jednak opisy internetowe, sztormowe zdjęcia i lokowanie Drogi Atlantyckiej w czołówce list najpiękniejszych dróg świata zbyt mocno zaostrzyły chyba nasze apetyty. Przejechanie całości zajmuje ledwie kilka minut. Z pewnością przy wzburzonej wodzie wrażenia byłyby zupełnie inne, jednak przy pięknej aurze Norwegia jest w stanie zaoferować wiele atrakcyjniejszych miejsc niż Droga Atlantycka. Jeśli nie jest nam “po drodze” do tej trasy – warto się zastanowić, czy nakładać dla niej kilometry. 

Nocowaliśmy przy Drodze Atlantyckiej, mieliśmy więc okazję obejrzeć ją przy słońcu wieczornym…
fot. Adrian Pakura

Droga Atlantycka w Norwegii…jak i rankiem. fot. Adrian Pakura

Największe odkrycie: Park Rondane 

Nie było go w ogóle w planach. Na szczęście plany można modyfikować. Dlatego będąc na miejscu zdecydowaliśmy się zjechać z szybszej trasy na turystyczną (takie miano przypisuje się bardzo udanym krajoznawczo drogom, które doczekały się szybszych, bezpieczniejszych i mniej atrakcyjnych wizualnie “objazdów”; Drabina Trolli nie zawsze była przecież wyłącznie atrakcją turystyczną!). Jeżeli ktoś jest miłośnikiem otwartych, zielonych i pełnych ciszy przestrzeni przeciętych strumykami i stadkami owiec – będzie zachwycony! Pierwsze skojarzenia z Norwegią to jednak imponujące fiordy, a tutaj, w centrum kraju, czeka naprawdę piękne, nieprzepełnione turystami i przystępne miejsce, idealne także dla rodzin z dziećmi! 

Park RondaneW takiej sytuacji trzeba po prostu zatrzymać samochód na pierwszym lepszym parkingu…

Rondane…i iść!

Największy smutek: całoroczna droga śnieżna… 

…która wcale nie jest już całoroczna. Z palcem na mapie wyglądaliśmy tych ścian ze śniegu wydrążonych w biały korytarz wzdłuż ulicy, po kilku kilometrach mijania drewnianych słupów uświadomiliśmy sobie jednak, że to tu powinien być ów “całoroczny” śnieg. Smutek nie polega na tym, że nie widzieliśmy tej drogi, tylko na tym, że pewne zmiany są już oczywiste… 

Droga śnieżna w NorwegiiNa przełomie lipca i sierpnia 2013 “całoroczna” Droga Śnieżna wyglądała właśnie tak.

Droga Śnieżna bez śnieguNadal pięknie, ale powinna niepokoić… fot. Adrian Pakura

Liczby! 

Dwa samochody, 7 osób, ponad 6000 kilometrów, 8 dni. Koszt na 2013 rok dla jednej osoby, łącznie z paliwem, biletem na prom, jedzeniem i opłatami na miejscu wyniósł około 1600 zł (w przypadku samochodu z silnikiem diesla, koszty dzielone na 4 osoby). Wiadomo, że dziś bardzo trudno byłoby się zamknąć w tej kwocie, chociażby ze względu na aktualne koszty promowania i żywności. 

Kamienne wieżyczki w NorwegiiTo było sporo kilometrów, jak na 8 dni…

Norweskie krajobrazy…ale warto sobie dać czas na nieplanowane przystanki! 

Co do poprawki? 

Mniej kupowania wody, więcej filtrowania. Więcej “czegoś na wieczór” 🙂 jeśli jest okazja do zakupienia lokalnego rarytasu – korzystaj, bo może się nie powtórzyć, a nikt nie będzie cofał się 300 km do Bergen, żeby jednak kupić tę kiełbasę z renifera, skoro prom czeka! 

BergenBergen – nawet, jeśli wyjazd jest nastawiony typowo na naturalne walory – warto tu zajrzeć.

Panorama NorwegiiNie do poprawienia, ale do powtórzenia jest cały wyjazd – po tych 8 dniach ma się ochotę na więcej…

…i wie się już, na jakich miejscach skupić uwagę!
fot. Adrian Pakura

Refleksja końcowa: ludzie z internetu

Ten wyjazd to dowód na to, że najlepsi towarzysze podróży nie zawsze wychodzą razem z Tobą z domu! Przypadkowy team zebrany w internecie może być generatorem świetnej podróży, nieplanowanej przygody i stosu pięknych wspomnień, za które, droga ekipo, serdecznie Wam dziękuję! 

Krajobrazy NorwegiiWidoki o poranku. Ładnie, co? 😉
fot. Adrian Pakura

Autorka: Iwona Styperek

Udostępnij