Strona Główna » Aktywności » GSB – czy każdy może go przejść?

Część pierwsza: przygotowanie.

Szczyt górskich osiągnięć czy trening przed innymi długodystansowymi szlakami świata? Tak czy inaczej – Główny Szlak Beskidzki to swego rodzaju górski szlagier dla polskich turystów. Najdłuższy oznakowany szlak górski w kraju. Brzmi godnie, a sam dystans również stanowi niezłą próbę – około 500 km poprowadzone przez najwyższe partie polskich Beskidów. Wchodzisz w to?

Początek Głównego Szlaku BeskidzkiegoSłynna GSB-owa “kropka”. Do kolejnej ponad 500 kilometrów…

Jaką porę roku wybrać na przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego?

Tak jak i każda potwora, tak i każda pora znajdzie swojego adoratora. Wszystko zależy od tego, czego oczekujesz od szlaku oraz jakie masz górskie doświadczenie. 

W teorii za najlepszy okres na przejście GSB uważa się miesiące od czerwca do września (lub właśnie sam wrzesień, który uchodzi w naszym klimacie za najpewniejszy pogodowo termin). Wakacyjne miesiące mają tę zaletę, że poszerzają opcje noclegowe o bazy namiotowe, które czynne są tylko sezonowo. Minusem jednak może być po pierwsze – spora ilość turystów, z czym wiąże się większe ryzyko braku miejsc noclegowych w schroniskach, oraz po drugie – trudniejsze i bardziej nieprzewidywalne warunki pogodowe. Najdłuższy dzień oraz ciepłe noce to fajna sprawa, ale całodniowy trekking w temperaturze ponad 30 stopni Celsjusza może być nie tylko wycieńczający, ale też niebezpieczny. Do tego dochodzą burze, które stanowią realne zagrożenie dla naszego życia, jeśli zastaną nas w nieodpowiednim, konkretnie – wyeksponowanym, miejscu. 

Wiosna i jesień będą miały podobne do siebie zalety jak i wady. W obu tych okresach możemy zapomnieć już o bazach namiotowych czy sezonowych chatkach, temperatura zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy będzie niższa, a prawdopodobieństwo opadów większe. Ale! Mniej stopni na termometrze często równa się lepszym warunkom do trekkingu, a co za tym idzie też mniejszemu zapotrzebowaniu na wodę, którą trzeba albo dźwigać na własnych plecach przez cały dzień, albo z rozsądkiem gospodarować nią i w miarę możliwości uzupełniać na szlaku. Co do opadów – maszerować w deszczu raczej nikt nie lubi, jednak wiosenno-jesienne opady charakteryzują się mniejszą gwałtownością niż letnie burze, nie stanowiąc przy tym śmiertelnego zagrożenia jakim jest porażenie piorunem na grani czy kładący się na nas las. Przy odpowiednim wyposażeniu technicznym, jakim jest odzież wodoodporna, to i w deszczu można odhaczyć spory kawałek trasy. 

GSB z widokiem na TatryPanorama Tatr wygląda jakby piękniej, mając za kontrast świeżą, bujną, majową zieleń. 

Zima jest dla górskich wyjadaczy, co do tego nie ma wątpliwości. Tutaj każdy aspekt stanowi wyzwanie – długość dnia, temperatury, opady, stan szlaku oraz fakt, że czerwona linia GSB miejscami przecina narciarskie szlaki zjazdowe. 

Osobiście przeszłam szlak w maju. Czy będę ten konkretny miesiąc polecać innym? Nie. Czy jeśli miałabym pokonać GSB jeszcze raz, ponownie wybrałabym maj? Absolutnie tak! Maj okazał się miesiącem idealnie skrojonym na moje potrzeby – łagodne temperatury, mało ludzi na szlaku oraz niesamowicie soczysta zieleń, która w beskidzkich lasach całkowicie człowieka pochłania. Nie jest jednak tak, że poleciłabym z czystym sumieniem tę porę roku każdemu, ponieważ mam świadomość, jak duży udział w moim doświadczeniu miało szczęście co do pogody. Nie mam wątpliwości, że gdyby nie ona, nie przeszłabym szlaku w 17 dni. Suma marszu w deszczu, na całym okresie mojej wędrówki, zamknęła się pewnie w jakichś 2 godzinach, z czego większość przypadła na ostatnie 5 kilometrów.

Leśne szlaki GSB  Zapierająca dech w piersiach świeża zieleń, której doświadczyć możemy tylko podczas wiosennych przejść. 

Czas przejścia GSB, czyli czy każdy lezie ile wlezie?

Jak to jest z tymi mistycznymi 21 dniami i czy to długo czy krótko? Odpowiedź ponownie brzmi – zależy. Od wielu kwestii, które tworzą system naczyń połączonych. Nie ma jednego wzoru, który by mówił na przykład, że “dla osób wysportowanych 21 dni wystarczy, żeby dwa razy obrócić”. Tak i nie. Twoja kondycja ma oczywiście duże znaczenie, dla jednych 35 km dziennie to chleb powszedni, dla innych 20 km to wyzwanie. Zdolność do pokonania maksymalnego dystansu w ciągu dnia wiąże się jednak z innymi czynnikami, nie tylko Twoją sprawnością. Jednym z nich jest wspomniana wcześniej pogoda, kolejnym waga bagażu, który niesiemy na plecach, a jeszcze innym po prostu nasza kondycja psychofizyczna danego dnia.

W teorii – aby pokonać GSB w terminie diamentowej odznaki PTTK, czyli właśnie nie dłużej niż w 21 dni, musimy średnio machnąć 24 km dziennie. Jest to raczej dystans osiągalny dla każdej średnio wysportowanej oraz średnio doświadczonej osoby, niosącej ze sobą średniej wielkości bagaż. Oczywiście z założeniem o braku niespodzianek czy szeroko rozumianych “problemów technicznych” po drodze. 

Moim zdaniem największym determinantem czasu przejścia będzie Twoje podejście i nastawienie do marszu. Jedni podejdą do tematu zadaniowo, chcąc pokonywać własne granice i bić rekordy. Inni będą chcieli rozwlekać dni spędzone na szlaku maksymalnie długo, aby chłonąć całym sobą doświadczenie drogi. A czasem oba te nastroje mogą się przeplatać, i jednego dnia powiesz sobie, że dzisiaj robisz rekord, a następnego przesiedzisz pół dnia na polanie, która Cię oczaruje i ledwie drgniesz z miejsca. 

Główny Szlak Beskidzki przez połoninyPrzejście połoninami potrafi się mocno przeciągać. Kto nie chciałby pozostać jak najdłużej w takim miejscu?

Idź więc GSB tak długo (lub krótko) jak masz na to ochotę! Lub na ile pozwala Ci urlop…

Przygotowanie do GSB – więcej sprzętu czy talentu?

Przygotowania można podzielić na dwa: fizyczne oraz sprzętowe. 

Osobiście uważam, że każdy, kto nie zmaga się z jakąś większą kontuzją czy ograniczeniem ruchowym, jest w stanie GSB przejść. Nie każdy jednak mógłby ot tak wziąć teraz plecak i pokonać szlak bez większych trudności. Dużo zależy od Twojego stylu życia – czy uprawiasz dużo sportu i często bywasz w górach, czy preferujesz spokojne weekendowe wycieczki rowerowe i majówkę w Karpaczu, a może prowadzisz całkowicie siedzący tryb życia, a ostatni raz na szlaku byłeś_aś na kolonii w gimnazjum? Trzeba dokonać uczciwej i rzetelnej analizy własnych możliwości i kondycji. Organizmu nie oszukasz i jeśli wiesz, że masz jakieś słabe punkty, popracuj nad nimi przed wyruszeniem na szlak, aby nie pokonały Cię w trakcie i nie skreśliły Twoich marzeń o przejściu GSB. Dobrym pomysłem będzie sprawdzenie się na krótszych szlakach, ale z tak samo spakowanym plecakiem, jak ma to być w przypadku Głównego Beskidzkiego.

Dla mnie GSB był najdłuższym trekkingiem, który do tej pory odbyłam, ale mimo to nie obawiałam się dystansu. Należę do tej grupy ludzi, dla których koronny szlak polskich gór miał być testem i przygotowaniem do kolejnych wyzwań. Nie zignorowałam jednak całkowicie kwestii przygotowań fizycznych. W moim wypadku była to konsultacja fizjoterapeutyczna i dołożenie do mojego mocno aktywnego sportowo trybu życia ćwiczeń dedykowanych wzmocnieniu konkretnych partii ciała, które były najbardziej narażone na kontuzje – głównie kolan. Przegadałam też z moją instruktorką od jogi sposoby rozciągania się w terenie i dawania ulgi tym częścią ciała, które najmocniej “dostaną w kość”. 

Kondycja to jedno, ale za ogromną część GSB-owego sukcesu odpowiada dobrze dobrana odzież oraz sprzęt. Najważniejsze będą buty i plecak – jeśli obie te rzeczy będą z Tobą w pełnej symbiozie, każdy kilometr na szlaku stanie się przyjemniejszy. 

O tym, czy buty mają być wysokie czy niskie, z membraną czy też nie, każdy powinien zdecydować sam wedle własnych preferencji. Ważne, aby były wygodne i o dobrze dobranym (czyli ciut większym niż zazwyczaj) rozmiarze, osadzone na solidnej podeszwie (np. Vibram), a w parze z porządnymi (najlepiej wełnianymi) skarpetkami zapewniały odpowiednią amortyzację od podłoża. Osobiście wybrałam model Scarpa Mojito Trail GTX i był to strzał w dziesiątkę na majowe przejście. Gore-tex zrobił kawał dobrej roboty zwłaszcza we wciąż ośnieżonych o tej porze roku okolicach Pilska i Babiej Góry.  

Ostatnie majowe śniegi na GSBWiosną trzeba się liczyć z tym, że miejscami nadal zalega śnieg. Jeżeli mamy tylko jedną parę butów, dobrze aby miały membranę – wiosenny śnieg jest bardzo mokry. Dobrym rozwiązaniem są też stuptuty, zwłaszcza przy niskich butach.


Wielkość plecaka zależy od stylu przejścia. Jeśli chcesz bazować na noclegach w schroniskach czy agroturystykach, odejdzie Ci sporo biwakowych rzeczy, takich jak namiot/tarp i mata. W przypadku, gdy zdecydujesz się na wariant “z pościelą”, możesz również wyeliminować śpiwór. Jeśli nastawisz się na stołowanie w obiektach gastronomicznych i uzupełnianie diety zimnym prowiantem, nie ma potrzeby abyś brał_a ze sobą sprzętu do gotowania. W takiej sytuacji ze spokojem wystarczy Ci plecak plus minus 30 litrowy. Jeśli chcesz jednak przygotować się na wszystko, optymalny będzie plecak o pojemności ok. 45 litrów. Moim zdaniem, o ile nie planujesz nieść ze sobą zapasu żywności na całe przejście szlaku, nie ma sensu większy litraż. Dobrze dobrana odzież zajmuje mało miejsca, zwłaszcza jeśli zdecydujesz się na wełnę merino, którą dzięki bakteriostatycznym właściwościom można nosić wiele dni bez prania 🙂

Ja zdecydowałam się na plecak Gregory Zulu 40L; mimo że jest to model uważany za męski (damskim odpowiednikiem jest Gregory Jade), lepiej współgra on z moimi 180 centymetrami wzrostu. 

GSB - czy każdy może się zapakować?Na dłuższych szlakach do perfekcji opanować można “plecakowego tetrisa”. W końcu codziennie trzeba się pakować od nowa.

Ze spokojem zmieściłam w nim: 

  • śpiwór puchowy (Aura Kolba) – śpiwór puchowy jest lżejszy i mniejszy niż syntetyczny odpowiednik o tym samym komforcie termicznym. W maju, kiedy przemierzałam GSB, do letnich temperatur w nocy było jeszcze daleko, dlatego komfort na który się zdecydowałam to 0°C;
  • hamak (TTTM Lightest Hammock) – najlżejszy i najmniejszy z hamaków Ticket To The Moon, a w zupełności wystarczający (i do tego wygodny!) dla jednej osoby; 
  • tarp (TTTM Tarp) – bo hamak bez tarpa nie daje nam żadnej ochrony od niepogody, która w górach zdarzyć się może zawsze. Ten konkretny tarp różni się od klasycznych tym, że zaprojektowany jest pod używanie go właśnie z hamakami; 
  • matę dmuchaną (Klymit Insulated Static V Lite) – nie przepadam za troczeniem sprzętu na zewnątrz plecaka, dlatego od razu skreśliłam opcję karimaty. Wybrany przeze mnie model zapewnia rozsądny kompromis między wagą i rozmiarem, współczynnikiem R-value a ceną; 
  • jetboil’a (Jetboil Stash) – najlżejsza i najmniejsza kuchenka w ofercie Jetboil’a, ważąca tylko ok. 200 gramów i zaprojektowana tak, aby zmieścić w naczyniu również 100g kartusz z gazem. Idealna propozycja na samotne przejście z opcją biwakowania. Co prawda gulaszu w niej nie ugotujemy, ale owsiankę na śniadanie czy wrzątek do liofilizatów jak najbardziej;
  • ekspres do kawy (Wacaco Nanopresso) – bo bez dobrej kawy żyć nie warto, nawet jeśli jest to życie w górach 🙂 
  • ubrania – głównie wełna merino, w której zakochałam się od pierwszego użycia i pozostaję tej miłości wierna. Z wełny miałam koszulkę na co dzień, wełniane miałam skarpety, z wełny była też moja piżama (w tej roli komplet bielizny termoaktywnej Icebreaker Oasis o gramaturze 200). Spodni wzięłam tylko jedną parę, z opcją odpinanych nogawek, co uważam za patent iście genialny. Niezawodna na szlaku o tej porze roku okazała się bluza Patagonia R1, która stanowiła moją drugą warstwę, dbając zarówno o komfort termiczny, jak i ochronę przed wiatrem. Awaryjnie miałam ze sobą również lekki sweter puchowy, kurtkę membranową i spodnie przeciwdeszczowe. Codziennie na mojej głowie lądowała czapka z daszkiem, a na szyi buff – obie rzeczy miały za zadanie chronić mnie przed miłymi, aczkolwiek szkodliwymi promieniami słońca;
  • kosmetyczkę i ręcznik – absolutne minimum w kwestii kosmetyków i szybkoschnący ręcznik;
  • apteczkę – w apteczce znalazły się tylko najpotrzebniejsze rzeczy, takie jak kilka plastrów, bandaż elastyczny, koc termiczny, plastry na odciski, leki na biegunkę, leki przeciwbólowe i leki osobiste. W przypadku szlaków takich jak Główny Szlak Beskidzki nie ma sensu nosić ze sobą wypchanej apteczki, bo nie ma dnia, żebyśmy po drodze nie stykali się z mniejszą lub większą formą cywilizacji. Wystarczy tyle, aby opanować pierwszy kryzys, a w przypadku poważniejszych problemów – względnie komfortowo doczekać przybycia ratowników górskich.
  • elektronikę – koniecznie zabezpieczoną przed wodą i wilgocią; 

Kawa w BieszczadachKawa nigdzie nie smakowała lepiej, niż ta wypita o 6:30 na grzbiecie Połoniny Caryńskiej, ostatniego dnia wędrówki.

  • przewodnik – wydawnictwa Compass. Koniecznie zwróć uwagę na kierunek, ponieważ przewodnik ma dwie wersje!
  • zapas jedzenia – awaryjnie zabrałam ze sobą dwa liofilizowane dania obiadowe LyoFood i jeśli zabierasz ze sobą sprzęt do gotowania to polecam takie rozwiązanie. Nie tylko w przypadku, jeśli przyjdzie Ci zanocować w schronie/chatce/na dziko, ale też na takie miejsca, jak Beskid Niski czy Bieszczady, gdzie odstępy między jednym a drugim sklepem mogą być naprawdę spore;
  • 3-litrowy bukłak (Gregory 3D Hydro) – był to mój pierwszy raz z bukłakiem i … klękajcie narody przed tym, kto pierwszy wpadł na ten pomysł! Nie dość, że umiejscowienie bukłaka gwarantuje nam możliwość zabrania sporej ilości wody w taki sposób, aby plecak pozostał odpowiednio dociążony, to jeszcze możliwość szybkiego nawodnienia się bez zatrzymywania i wygrzebywania butelki z bocznych kieszeni plecaka… Po prostu bajka! Nie wiem, jak mogłam tyle lat chodzić po górach bez tego gadżetu!
  • “przydasie” takie jak czołówkę (Black Diamond Spot), preparat na kleszcze (Mugga Ikarydyna 25% Spray), troki, butelkę termiczną (Hydro Flask SM 621 ml), kubek emaliowany, sztućce (Primus Leisure Cutlery) itp. 
  • i na to wszystko… dwie książki!

Masz ochotę na więcej? Zapraszam do części drugiej – o logistyce, spaniu, zwierzakach i nie tylko.

Autorka: Kasia Opaska

Udostępnij