Strona Główna » Aktywności » Annapurna: trekking poślubny!

Dlaczego Nepal? Powód jest banalny. Kto z Was nie chciałby zobaczyć Himalajów na własne oczy? My chcieliśmy, dlatego Nepal. Wyjazd podzieliliśmy na dwie części: pierwsza to Annapurna i trekking, druga: zwiedzanie miast i Parków Narodowych Nepalu. Bardzo dużo dobrego, dlatego ograniczymy dawkę i w tym tekście pokrążymy wokół Annapurny! 

Mamy luty, czyli, jak wiadomo – miesiąc zakochanych. Niech i w naszej opowieści znajdzie więc się nutka romantyzmu. Powiedzmy, że była to swego rodzaju podróż poślubna, na którą oczekiwanie budziło w nas więcej emocji niż chyba sam ślub. Taka nasza mała historia miłosna pisana najwyższymi górami świata! Jedyne, co wiedzieliśmy na pewno to to, że chcemy w tym pięknym i fascynującym kraju spędzić co najmniej miesiąc. Uznaliśmy, że to będzie optymalny czas na zrealizowanie naszych celów. Od razu też powstał podział na część trekkingową oraz na zwiedzanie Nepalu. Nepal to przecież nie tylko Himalaje, ale również niezwykła przyroda, fascynująca kultura i powiązane z nią religie…  

Annapurna i trekking marzeń

Decyzja: wiosenna Annapurna i trekking wśród rododendronów  

Nie każda pora roku jest odpowiednia na wyjazd w tę część świata (przynajmniej dla przeciętnych trekkerów), dlatego wybór sezonu ma tu kluczowe znaczenie. Trasa, którą wybraliśmy, przechodzi przez wysoko położoną przełęcz Thorung La (5 416 m n.p.m.), dlatego mieliśmy dwie opcje – jesień, czyli okres po ustaniu monsunu (okolice końca września do początku listopada, wtedy zwykle pogoda jest najbardziej stabilna, a powietrze klarowne) lub wiosna – gdy temperatura wzrasta, opady śniegu ustają, a w niższych partiach kwitną rododendrony. 

Bilety lotnicze kupiliśmy na koniec lutego. Pewnie myślicie, że chodziło o te rododendrony… Cóż, powód był bardziej prozaiczny: po prostu cierpliwość nie jest naszą mocną stroną, a że bilety kupowaliśmy dopiero jesienią… sami rozumiecie! Loty (Warszawa –> Dubaj –> Kathmandu i Kathmandu –> Dubaj –> Warszawa) udało nam się dorwać w dość dobrej cenie, choć pewnie gdybyśmy zabrali się za to wcześniej, byłyby w jeszcze lepszej.

Annapurna: trekking poparty przygotowaniem Przygotowania nie należy bagatelizować. Ani teoretycznego, ani fizycznego

Po zakupie biletów lotniczych zaczęliśmy wgłębiać się w temat trekkingu, a w kwestii szeroko pojętego zwiedzania zostawiliśmy miejsce spontaniczności. Trekking stanowił dla nas priorytet. Patrząc jednak na to z perspektywy czasu, wielu spraw zupełnie nie dograliśmy, ale mówiąc szczerze – nie żałujemy. Wpisując w przeglądarkę frazę “trekking wokół Annapurny” dowiemy się względnie wszystkiego; od pozwoleń, noclegów, pogody, szczepień które należy wykonać przed wyjazdem, co wziąć, co kupić i na co uważać. Bogactwo internetu nie było dla nas wystarczające, dlatego zainwestowaliśmy w przewodniki autorstwa Janusza Kurczaba, a mała książeczka “Wokół Annapurny i Dhaulagiri. Trasy i szczyty trekkingowe” towarzyszyła nam przez cały trekking. W międzyczasie trafiliśmy na prelekcję ekipy z Akademickiego Klubu Górskiego “Halny”, która tę trasę pokonała na rowerach (szacun!). Chłonęliśmy, co się dało, żyliśmy tym, czego jeszcze nie przeżyliśmy, chociaż chwilami szara codzienność i niestety brzydka tendencja do robienia rzeczy na ostatnią chwilę dawały o sobie znać. Zrobiliśmy listę i wypunktowaliśmy to, co naszym zdaniem było najważniejsze. 

Wyjazd w Himalaje zacznij od formalności. Na przyjemności przyjdzie czas!

Na pierwszym miejscu postawiliśmy zdrowie, czyli kwestię szczepień, dobrze zaopatrzonej w leki i opatrunki apteczki, aklimatyzacji i kondycji. Na drugiej pozycji plasowały się pozwolenia na trekking i wszelkie opłaty z tym związane, wiza oraz wykupienie ubezpieczenia. Dopiero kolejną sprawą były problemy sprzętowo – ciuchowe.

Jako że nie należymy do ruchu antyszczepionkowców, ale jednak podchodzimy z rozsądkiem do tego tematu to mimo że właściwie nie ma żadnych obowiązkowych szczepień, które należy zrobić przed wyjazdem do Nepalu, a jedynie te zalecane, my zdecydowaliśmy się na szczepienia przeciwko żółtaczce zakaźnej typu A i B, tężcowi i durowi brzusznemu. 

Jakiego przygotowania fizycznego wymaga trekking wokół Annapurny? 

Annapurna: trekking zupełnie na lekko? Trasa nie jest trudna, ale pamiętajmy, że w Himalajach skala jest inna niż np. w Tatrach

Fragment dotyczący kondycji i przygotowania fizycznego najchętniej byśmy pominęli, ale weźmy to na klatę! (Choć chwalić się nie ma czym.) Przynajmniej z mojej strony. Sportem, który uprawiam regularnie od kilku lat jest wspinaczka sportowa i bouldering i właściwie moje przygotowanie na ten wyjazd na tych aktywnościach się kończyło. Adam nie dość, że ma dużo większe doświadczenie górskie, to bieganie stanowi dla niego nieodłączny element życia, więc był w dużo lepszej sytuacji (i kondycji). Nie oszukujmy się, wydolność miała na tym trekkingu znaczenie i warto było coś w tym kierunku zrobić. Na pewno komuś, kto nie rusza się w ogóle, nie poleciłabym spaceru na wysokość powyżej 5 000 m n.p.m. Biję się w pierś, że podeszłam do tematu po macoszemu. Nie myślcie jednak, że nie dałam rady, bo jak mówi stare dobre wspinaczkowe porzekadło “warun jest w głowie” i ja musiałam te braki fizyczne nadrabiać psychiką. 

Żeby przypomnieć sobie jak to jest chodzić w śniegu i wypróbować nasze nowe kije trekkingowe firmy Black Diamond, które sprezentowała nam na ślub ekipa Sklepu Taternik, wybraliśmy się na około tygodniowe łażenie po Karkonoszach. Jaka tam wtedy była piękna, zimowa aura! To nas bardzo pozytywnie nastroiło. Wspomniałam o kijach, bo jest to jedna z dwóch rzeczy, których zupełnie nie doceniałam. Drugą będą ubrania z wełny merino, ale o tym później. Kiedy weszliśmy na szlak w Karkonoszach i zrobiłam kilka pierwszych kroków, próbując skoordynować krok i ruch rąk z kijami, czułam się co najmniej dziwnie, ale za to później – śmigałam aż miło! Adam od początku wiedział, że to rzecz dobra i warto ją mieć. Podczas trekkingu kijów używaliśmy od samego wejścia na szlak i właściwie przez większość czasu

Pogoda w dolnych partiach HimalajówPogoda, jak to w górach, nie zawsze urlopowa… 

Annapurna: trekking wiosną…no właśnie – nie zawsze!

Po przyjemnym wyjeździe w Karkonosze przyszedł czas na mniej przyjemne sprawy, czyli pakowanie. Nie znam osoby, która lubi ten mozolny i ciężki proceder. Spakowaliśmy się w dwa plecaki – ja w Deuter Futura Pro SL o skromnym litrażu 34l, a Adam w plecak 75-litrowy. Do dziś zastanawiam się, jakim cudem nam się to udało. Jak się później okazało, nasz trud był daremny, ponieważ dopiero na miejscu dowiedzieliśmy się, że jest możliwość zostawienia niepotrzebnych na trekking rzeczy w hoteliku w Pokharze, w którym to spaliśmy przed wyjściem na szlak. 

Wizy, transfery i nepalski ruch uliczny – początki są mało trekkingowe… 

Lot był długi i męczący. Mieliśmy wielogodzinną przesiadkę w Dubaju, podczas której przez portal booking.com dokonaliśmy rezerwacji pierwszego noclegu w Kathmandu. Dlaczego tak późno? Nie znamy odpowiedzi na to pytanie, ale ważne, że się udało. Na pewno uratował nas fakt, że wiosna jest mniej popularną porą na wyjazd do Nepalu. Prawdopodobnie jesienią taka rezerwacja na ostatnią chwilę nie miałaby racji bytu. Wysiedliśmy z samolotu i na lotnisku dokonaliśmy zakupu wizy nepalskiej. Aby otrzymać wizę należy uiścić opłatę odpowiedniej wysokości w dolarach amerykańskich i mieć przy sobie jedno swoje zdjęcie. Proceder nie jest skomplikowany i właściwie dość sprawnie udało nam się opuścić budynek lotniska. 

Na szlaku wokół AnnapurnyNo cóż, trochę trzeba się namęczyć, żeby ostatecznie zmęczyć się na tamtejszym szlaku

Aby dotrzeć do hotelu w Kathmandu skorzystaliśmy z taksówki, których wybór był dość spory. I w tym miejscu mieliśmy pierwszy test naszej asertywności i umiejętności targowania się. Zdany, myślę, że na marne 3. Kathmandu jest bardzo zatłoczonym miastem i do tego tłoku i hałasu trzeba się przyzwyczaić. Taksówkarz, jak się okazało, zawiózł nas pod niewłaściwy adres, bo pomylił nazwy hoteli. Ostatecznie, właściwy nocleg nie był zbyt daleko i udało nam się dojść tam pieszo. W hotelu przywitano nas bardzo miło, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, skąd ruszają busy do Pokhary, znów zarezerwowaliśmy nocleg i poszliśmy na szybkie zwiedzanie Kathmandu. Byliśmy w okresie po trzęsieniu ziemi i wiele pięknych zabytków było w ruinie.

Podróż z Kathmandu do Pokhary autobusem jest przeżyciem na tyle egzotycznym, że trudno ubrać ją w jakiekolwiek słowa, trzeba to po prostu przeżyć – dosłownie i w przenośni. Widok, który razi w oczy i sprawia, że boli serce, to góry śmieci leżące na poboczach przy głównej drodze do Pokhary. Pokhara jest miastem dużo spokojniejszym niż Kathmandu, dlatego też zdecydowaliśmy się, że tam wyrobimy pozwolenia trekkingowe. Rejestracja w systemie i wykupienie karty TIMS jest obowiązkiem każdego, kto wybiera się na trekking. Potrzebne są do tego celu dwa zdjęcia (można je zrobić na miejscu w biurze ACAP) i uiszczenie opłaty. Posiadając dokumenty mogliśmy następnego dnia ruszać na szlak. Znów czekała nas przeprawa busem, ale tym razem nie tak długa i intensywna jak z Kathmandu do Pokhary. Dojechaliśmy do Besisahar, gdzie zaczynał się nasz trekking.

Początek trekkingu wokół AnnapurnyPoczątki trasy – całkiem ciepło…!

Choć wiedzieliśmy, jak to się skończy 😉 

Annapurna: trekking nie najtrudniejszy, ale za to najpiękniejszy! 

Trasa, którą wybraliśmy, czyli trekking wokół Annapurny, to co prawda jedna z najdłuższych i najpopularniejszych tras, jednak nie mająca sobie równych pod względem urody. Piękna i różnorodna nie tylko dzięki zachwycającym widokom, niezwykłej faunie i florze, ale również przez bogactwo kulturowe i religijne. Klimat wraz z wysokością zmienia się tu z tropikalnego w wysokogórski. Trasa nie ma żadnych technicznie trudnych momentów i nie wymaga posiadania specjalistycznego szpeju. Jej główna trudność to przekroczenie przełęczy Thorung La na wysokości 5 416 m n.p.m., gdzie liczy się wydolność i zdolność do aklimatyzacji. 

Mówisz: Himalaje, myślisz: buty wysokogórskie? Niekoniecznie! 

Na początku, upoceni, w naszych ciężkich i sztywnych butach przeklinaliśmy brak lżejszego obuwia. Po tej myśli zawsze następowała druga, że przecież te ciężkie buty trzeba by było i tak ze sobą nosić, bo choć teraz jest ciepło i (nie)przyjemnie, to wyżej panują warunki zimowe. Buty (jak i większość sprzętu) mieliśmy z Taternika; Adam nieco starszy model – Salewa Condor Evo GTX, a ja także Salewy: model MTN Trainer Mid GTX

Trekking wokół Annapurny wcale nie jest wysokogórskiNa początku trochę nam brakowało letnich ciuchów…

Buty to jedno, ale równie ważne jest to, co się w tych butach ma, a my mieliśmy skarpetki Smartwool z wełny merino. Jedne (cieńsze) na sobie, a drugie (grubsze) w plecakach. Tak, każde z nas na planowane dwa tygodnie wędrówki, wzięło ze sobą tylko dwie pary skarpet. Napiszę krótko – magia wełny, którą mocno doceniliśmy właśnie na tym wyjeździe. Tych co mają słabe nerwy ostrzegam, że jedną, wełnianą koszulkę też nosiliśmy przez około 10 dni i u każdego z nas sprawdziła się doskonale. Wybraliśmy longsleeve’y o gramaturze 200 g/m2 Iceabreakera i Smartwoola. Błędem było nie posiadanie wełnianych T-shirtów, które na te pierwszych kilka dni wędrówki byłyby idealnym rozwiązaniem. Do plecaków spakowaliśmy także wełniane kalesony Icebreakera (gramatura 200).

Widoki? Nie ma sensu opisywać 😉

Pierwszy dzień dał nam w kość. Temperatura iście tropikalna zrobiła swoje. Softshellowe spodnie na nogach dodatkowo potęgowały efekt grzania. Scree Panty Marmota może i są fajne, ale nie w 30-stopniowym upale. Cieńszych spodni nie posiadaliśmy, więc pozostało nam nie zwracać uwagi na te małe niedogodności i iść dalej. Na noc zatrzymaliśmy się w wiosce o wdzięcznej nazwie Bahundanda, a właściwie na jej zupełnym początku. Zrzuciliśmy plecaki w malutkim pokoju i zachęceni przez młodego chłopaka do obejrzenia “hot springs” ruszyliśmy we wskazanym przez niego kierunku. Spacer owszem był bardzo przyjemny, ale gdzie te gorące źródła były, chyba tylko ten młody człowiek wiedział. 

 

Coś dla ciała: sen i strawa, czyli ryż, noclegi i śpiwór w Himalajach 

 

Wróciliśmy do miejsca noclegowego mówiąc, że wszystko było “good” i zamówiliśmy na kolację ryż z warzywami. Posiłek przygotowywała starsza pani, prawdopodobnie babka tego młodzieńca, który jako jedyny mówił tam po angielsku. Smaku tej potrawy nie zapomnimy nigdy. Zupełnie nie mogliśmy zgadnąć, co to za zielone warzywo kryje się wśród ryżu, z tego, co udało nam się zrozumieć, miały to być liście z dżungli. Cokolwiek to było – smakowało wyśmienicie! 

Skorzystaliśmy z prysznica i położyliśmy się w swoich (za)ciepłych śpiworkach. Ja wzięłam śpiwór syntetyczny Mammuta, bo taki miałam i nie inwestowałam w nowy. Śpiwór zajmował mi dużą część plecaka, był ciężki i do pewnej wysokości pod względem termiki sprawdzał się bardzo dobrze, ale im wyżej, tym coraz częściej musiałam korzystać z dodatkowych kocy, które na szczęście w większości miejsc były dostępne, a na 4 550 m n.p.m. zamieniliśmy się z Adamem śpiworami, bo Adam z kolei wziął ze sobą śpiwór puchowy marki Yeti (teraz Aura), który zdecydowanie był dla niego zbyt gruby i nie było noclegu, w którym faktycznie potrzebowałby tak wysokich parametrów.

Noclegi na trasie wokół AnnapurnyJedna z wielu opcji noclegowych (a tak naprawdę full service) na trasie 

Warto wiedzieć, że wybór noclegów na całej trasie jest bardzo szeroki. Noclegi są tanie i kosztują 100, 200, 300 rupii nepalskich (czyli odpowiednio +/- 1, 2, 3 dolary), a czasami po wcześniejszej deklaracji, że będziesz stołować się w danym miejscu, nie musisz wnosić dodatkowej opłaty za nocleg. Każdorazowo korzystaliśmy z tego przywileju, ponieważ założenie mieliśmy takie, że poza batonikami, orzechami i dwoma Travellunch’ami (w razie czego) nie bierzemy jedzenia. To była mądra decyzja. Dzięki temu poznaliśmy lokalną kuchnię, nie musieliśmy zaprzątać sobie głowy gotowaniem i odciążyliśmy nieco nasze barki i plecy. Spaliśmy zwykle dość skromnie, prawie zawsze z dostępem do prysznica, a jeśli go nie było, to znalazło się wiadro ciepłej wody, chochla i też miało to swój urok. 

 

Pogoda niekoniecznie sielankowa – jakie ubrania na pewno przydadzą się pod Annapurną? 

Krajobraz i pogoda na trasie zmieniały się z dnia na dzień. Z deszczową aurą przyszło nam się zmierzyć już drugiego dnia trekkingu. W plecakach mieliśmy kurtki typu paclite z membraną GORE-TEX, których zastosowanie wolelibyśmy nieco odwlec w czasie. Nie udało się, choć później deszcz przeplatał się ze słońcem, albo słońce z deszczem – trudno orzec. Nie przeszkadzało to jednak w chłonięciu pięknych widoków czy obserwowaniu zmienności przyrody. Tę zmianę można było zaobserwować także w życiu codziennym mieszkańców mijanych wiosek, gdzie, jak napisał Janusz Kurczab w swoim przewodniku, “domy zbudowane są z kamieni, a kultura życia codziennego bardziej przypomina tybetańską”. 

Wyjazd w Himalaje pod Annapurnę

Właściwie, dzień po dniu udawało nam się realizować założony plan, z czego byliśmy niezmiernie zadowoleni. Wraz z wysokością zyskaliśmy: kompana – Stefana z Niemiec, który ten trekking pokonywał samotnie i był niezmiernie miłym towarzyszem drogi, a także… kolejne warstwy ubrań. Dobrze na tę okoliczność sprawdziły się softshelle, mój staruszek bez membrany i Adama Marmot ROM, którego przy silniejszym wietrze mu zazdrościłam. Ja miałam jeszcze w zanadrzu moją ulubioną na tamten moment ocieplinę Arc’teryx Atom LT Hoody. Gdybym teraz miała powtórzyć wyjazd, na pewno wzięłabym ze sobą puchówkę.

 

“Łatwy trekking” wokół Annapurny? Łatwy, ale jak na Himalaje 

I tak nastał dzień siódmy, dzień odpoczynku. Większość źródeł sugeruje, żeby w Manangu (3 540 m n.p.m.) spędzić przynajmniej jeden dodatkowy dzień w celu poprawienia aklimatyzacji, najlepiej z wyjściem powyżej 4 500 m n.p.m. My ten bardzo ważny etap musieliśmy pominąć. Prognozy pogody na najbliższe dni były fatalne. Dodaliśmy dwa do dwóch i zrobiliśmy bilans zysków i strat. Wyszło nam z tego, że albo zatrzyma nas pogoda, albo brak aklimatyzacji. Obie opcje to w tył zwrot i powrót tą samą trasą w dół. Była też nikła szansa, że się uda. Ruszyliśmy więc w stonę Yak Kharki, czyli dosłownie “pastwiska jaków”, gdzie spędziliśmy noc.

Trasa naokoło AnnapurnyTrudności techniczne to jedno (tych nie było za wiele), ale wysokość robi swoje

Noc w Thorung Phedi (4 550 m n.p.m.) w moim odczuciu była bardzo trudna. Nie zmrużyłam wtedy oka, a brak aklimatyzacji zaczął być odczuwalny (w przeciwieństwie do Adama, który spał nad wyraz dobrze). W stronę Thorung La musieliśmy ruszyć bardzo wcześnie rano (ok. godz. 5:00), ponieważ czekało na nas około 7,5 h marszu z bardzo dużą różnicą wysokości. Po ostrym podejściu, z którym trzeba było się zmierzyć skoro świt, myślałam, że będziemy musieli wracać i nie dam rady pójść dalej. Chwila odpoczynku i łyk herbaty przygotowanej w JetBolilu pozwoliły mi odzyskać siły i tak przy opadach śniegu, kiepskiej widoczności i innych niedogodnościach udało nam się osiągnąć najwyższy punkt trasy, czyli przełęcz Thorung La (5 416 m n.p.m.). Prawdopodobnie to, co zrobiliśmy, nie zasługuje na pochwałę, ale wierzcie mi, gdyby było bardzo źle, na pewno rozsądek wziął by górę. 

Przełęcz Thorung LaPrzełęcz Thorung La  – czyli najwyższy punkt naszej podróży poślubnej!

Znów wróciliśmy na 3 800 m n.p.m. Prognozy sprawdziły się i panująca aura była naprawdę niesprzyjająca. Zdecydowaliśmy się na szybszy powrót i zjechaliśmy dwie wioski niżej autobusem. Zrobiliśmy to trochę z premedytacją i nadzieją, że zdążymy wrócić na obchody święta Holi w Pokharze. Udało się! Cali w kolorowym proszku zaczęliśmy drugą część naszej podróży w Nepalu 🙂 

Święto Holi w NepaluŚwięto Holi było cudownym wejściem w drugi etap wyjazdu – w etap zwiedzania!

Autorka: Magdalena Lubik

Udostępnij